

Oczywiście szczerze kocham takie małe absurdy, więc i kolejny dzień w Petersburgu uważam za bardzo udany. Poproszono mnie na przykład o napisanie odręcznie podania z prośbą o zapisanie do biblioteki uniwersyteckiej. Moja nowa karta biblioteczna przypomina starą książeczkę wojskową, nawet papier jest już na wstępie pożółkły. W innej bibliotece zapisy odbywają się elektronicznie i nawet dostaje się plastikową kartę ze zdjęciem, ale zanim to nastąpi trzeba przejść rozmowę z panią, której nic się nie podoba: moje pismo (trzeba jednak wypełnić mały druczek ręcznie, a ja stawiam koślawe jedynki, nie mówiąc już o bukwach). Nie pasuje jej też moja wiza (nie wiem czemu zdecydowała się patrzeć na wizę do Japonii, zamiast na tę do Rosji) i nazwa miasta w Walii, w którym pracuję. Nazwa nie jest może prosta: Aberystwyth, ale pani i tak nie przyjmie takiej nazwy, dla niej będzie to AberystByth i już.
A teraz siedzę sobie w filii biblioteki narodowej, w pięknym włoskim pałacu na brzegach rzeki Fontanki. Niestety, większa część pałacu nie jest już w użytku; sala za salą są zaplombowane. Mam wrażane, że stare pałace są chlubą i utrapieniem Petersburga. Odnowione wyglądają pięknie, ale też trzeba je cały czas restaurować, a biorąc pod uwagę ich ilość, jest to robota dosłownie bez końca.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz